czwartek, 20 czerwca 2019

"Kurs zwycięstwa nad lękiem - 8 kroków ku uwolnieniu i uzdrowieniu serca"

ks. piotr skiba

Sięgając po książkę ks. Piotra Skiby spodziewałam się kolejnego poradnika napisanego w psychologicznym stylu, który we wspaniały sposób odmieni moje podejście i sprawi, że zacznę wieść bezproblemowe życie. Do tej właśnie pory miałam (nie)przyjemność stykać się z tego typu książkami. Usiadłam, więc do niej z nastawieniem na kolejne surrealistyczne pomysły dotyczące tego, w jaki sposób poradzić sobie "raz na zawsze" z danym problemem. W tym przypadku - z paraliżującym lękiem, który często przeobraża się w fobię. 

Kurs zwycięstwa nad lękiem - 8 kroków ku uwolnieniu i uzdrowieniu serca, to tytuł książki autorstwa ks. Piotra Skiby, wydanej przez wydawnictwo eSPe.  Powiem szczerze, że pozycja ta zrobiła na mnie niesamowite wrażenie i z oporami odrywałam się od niej na dłuższą chwilę.
Dla przyszłych czytelników mam jedną radę - tej lekturze należy dać czas. Powinna się wchłonąć i utrwalić. Stopniowe czytanie da możliwość rozważenia treści, co w przypadku tego dzieła jest naprawdę ważne.
Ksiądz Skiba bez wątpienia stworzył książkę, której każdy może stać się czytelnikiem. Lęk towarzyszy wszystkim ludziom, w różnych sytuacjach i jest nieodłącznym elementem ludzkiego życia. Dlatego autor w bardzo trafny sposób przytoczył przykłady biblijnych postaci, które takie doświadczyły poczucia obezwładniającego lęku, i z którym musiały się zmierzyć. A co dla człowieka jest najlepszym lekarstwem na jego lęki i niedole? Bóg
Autor podkreśla, że: 
Z pomocą Boga można bez lęku iść w nieznane, stawać
w sytuacjach, w których do tej pory pory się nie stawało.    
I to jest prawda, i o tym niby wiemy. Jednak w chwilach kryzysu zdarza się, że nasze serce delikatnie się zachwieje. 
Ks. Skiba w swojej książce krok po kroku pokazuje m. in., w jaki sposób tak zaufać Bogu, żeby to serce już nie drżało. Podkreśla także, w jakich sytuacjach człowiek powinien pogodzić się z tym, co go spotyka, jak również zaznacza, czego nie powinno się robić, gdy lęk zaczyna podstępnie atakować. 

Chcesz przekonać się, że naprawdę możesz wygrać z napadami paniki? Poznać bliżej zalęknionych i uzdrowionych przez Boga bohaterów biblijnych? Chciałbyś wreszcie w 100% nauczyć się ufać Bogu i stać się wolnym człowiekiem? Sięgnij koniecznie po tę pozycję
Jako, że jestem już po lekturze i bardzo mi ona pomaga w trudnych chwilach, szczerze mogę polecić ją również i tobie. Ks. Piotr zrobił naprawdę kawał dobrej roboty!  

 

poniedziałek, 20 maja 2019

Przez dziewięć miesięcy żyłam w mroku


Tego dnia, kiedy słońce świeciło wysoko na niebie - poczułam, że na mojej szyi mocniej zaciska się niewidzialna obręcz. Spoglądając przed siebie widziałam ludzi w koszulkach. Ja tymczasem trzęsłam się z zimna pod grubym kocem, w swoim ponurym pokoju. Jakoś zapomniałam, że skończyła się zima i świat znów jest zielony, a ziemia ciepła. Zapomniałam jak smakuje piwo wypite gdzieś na łące, w towarzystwie ulubionej muzyki. Zapomniałam jak pachną konwalie, które tak kocham. Zapomniałam,  że oprócz nocy jest jeszcze dzień... 

Przestałam wychodzić z domu pod koniec zeszłego lata. Nie widziałam powodu, dla którego miałabym to robić. Dzień spędzałam w pracy, która po pewnym czasie stała się dla mnie jedyną motywacją, żeby podnieść się z łóżka. Jedynym sensem mojego życia. Dasz wiarę? Spędziłam prawie dziewięć miesięcy nie wychodząc BEZ POTRZEBY z domu. Przemykałam tylko do pracy i z pracy, osłaniając się murem przed znajomymi, którzy po pewnym czasie przestali prosić o spotkanie; przed Kościołem, do którego chodziłam już tylko sporadycznie i przed życiem, którego tak nagle zaczęłam bać się na nowo. Dusiło mnie to i tłamsiło, ale nie do tego stopnia, żebym wyściubiła nos z bezpiecznego azylu.
Świat stał się dla mnie obcy, a ja dla świata. 

Pamiętam, gdy jakiś czas temu wyszłam spontanicznie W DZIEŃ do sklepu. Mieszkam w małej miejscowości, gdzie każdy każdego zna przynajmniej z widzenia. Idąc chodnikiem, mijając sąsiadów - widziałam jak wodzą za mną wzrokiem. Czułam się, jakbym szła nago albo zrobiła coś złego. Dopiero wtedy pojęłam, że przecież od kilku miesięcy byłam zupełnie niewidoczna dla świata. 
To i wiele innych sytuacji doprowadziło mnie do punktu, w którym obecnie się znajduję. Upadła moja relacja z Bogiem, zawiesiłam działalność na stronie, rozpadły się więzi z ludźmi, a ja stałam się ponownie Aśką sprzed paru lat - smutną i szukającą usilnie sensu istnienia. 

Piszę to, ponieważ pisanie od zawsze działa na mnie terapeutycznie. Zdaję sobie również sprawę z tego, że wśród was jest zapewne niejedna osoba, która zmaga się z podobnymi lub innymi problemami, utrudniającymi funkcjonowanie w życiu codziennym. 
Ja chcę zacząć na nowo. Chcę odbudować wszystko, co schrzaniłam. Chcę rozmawiać i śmiać się z ludźmi, dotykać trawy i poczuć ciepło słońca na twarzy. A nade wszystko zależy mi na naprawieniu relacji z Bogiem. Wiem, że bez Niego kompletnie nic nie ma sensu. 
Kurczę, czekałam na tę wiosnę. Czekałam i ją przegapiłam. Chcę wyjść w końcu z mroku, w którym na tak długo się pogrążyłam. Jeśli też w nim tkwisz - zrób to razem ze mną. Wyjdźmy na słońce, a całą ciemność i wszystkie kłopoty oddajmy Najwyższemu. 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Nie bój się, wierz tylko! (Mk 5,36)


Od kilku lat cierpię na napady panicznego lęku. Kilkanaście tygodni temu ataki bardzo się nasiliły. To nie jest strach, ani stres. To potrafię kontrolować. Zagnieździło się we mnie coś, co osłabia moją wolę życia. Coś, co powoduje tak silny ucisk w klatce piersiowej, iż mam wrażenie, że za moment przestanę oddychać. Próba wzięcia oddechu bardzo wtedy boli i wręcz staje się niemożliwa do zrealizowania, bo płuca mam tak ciężkie, jakby ktoś napompował je armatą dymu papierosowego. Unikam sytuacji, które mogą wywołać kolejny atak. Często bronię się przed spojrzeniami innych ludzi i ignoruję wszelkie zaproszenia do miejsc, w których panuje hałas i tłok. W dużych przestrzeniach, w których przebywa spora grupa osób na ogół trzymam się blisko wyjścia i nieudolnie staram się kontrolować niepohamowane drżenie dłoni.

Wiele razy balansowałam z tego powodu na granicy życia i śmierci. Przez dwa lata próbowałam stłumić lęk alkoholem. Najpierw było jedno mocne piwko przed zajęciami, później setka żołądkowej, która idealnie pasowała do moich dłoni. Skończyło się na tym, że pomiędzy moimi uczelnianymi notatkami ukrywałam półlitrową butelkę. Zaczynałam w domu, doprawiałam w autobusie i na zajęcia szłam całkowicie ululana. Ten epizod zakończył się równie szybko, jak się zaczął. Kolejną deską ratunku stały się silne przeciwlękowe proszki. Jedne wprowadzały mnie w stan odrealnienia, a inne dawały kilka godzin upragnionego spokoju. 

***
Kiedyś pytałam "dlaczego?" - z rozpaczą w oczach, z pretensją i niezrozumieniem. Bałam się i myślę, iż wciąż boję się tego, że do końca życia będę żyła z tym, co mnie wewnętrznie osłabia i niszczy. Boję się, że kiedyś nie wytrzymam ciągłego napięcia, ale wiesz co? Wierzę. Wierzę nieprzerwanie, że w takich chwilach Bóg jest przy mnie. Nie jestem sama. Ufam Mu, jak niczemu i nikomu innemu. Nie jest ważne, ile mam jeszcze sił. Nie liczy się to, że znów upadłam. On jest ze mną i wiem, że tylko z Jego pomocą mogę pokonać wewnętrzne demony. Dziś, w chwilach kryzysu; w punktach kulminacyjnych ataków również zadaję pytanie "dlaczego?". Nie jest one rozpaczliwe, jak kiedyś. Próbuję zrozumieć, w jaki sposób mogę zrobić pożytek z tego, co mnie dotyka. 

Dlaczego  w ogóle o tym mówię?
Dlaczego obnażam się w Internecie? W miejscu, w którym każdy może mnie wygooglować i dowiedzieć się, że ma sąsiadkę dziwoląga, co skrzętnie ukrywałam do tej pory.
Ano dlatego, że dostałam od Was masę wiadomości - Waszej historii, cierpienia, doświadczeń, zwątpień. Gdzieś zazwyczaj w odpowiedzi, pomiędzy innymi zdaniami pojawiała się moja prośba - ufaj Bogu! Wierz w Niego i zawierz Mu siebie i swoje sprawy. To nigdy nie były słowa, które wyklepałam ot tak. Ze wszystkich słów te znaczyły najwięcej. Chcę, żebyś zrozumiał i zrozumiała, że to naprawdę jest możliwe - zaufać Mu i dać się poprowadzić. Nieważne dokąd i nieistotne jest to, że się poobijasz - z Bogiem nic ci nie grozi. Z Nim jesteś silny. Zanim stwierdzisz, że to się nie uda i nie potrafisz, to spróbuj. Nie tak trochę. Zaufaj na maksa, na 100%. Nie mów mi proszę, że się nie da. Nie osobie, która włożyła masę ciężkiej pracy w to, by właśnie tego doświadczyć. Może czeka cię droga krótsza, a może dłuższa? Może będzie bardziej wyboista, ale bądź cierpliwy i wytrwały. Nie bój się, wierz tylko... 

niedziela, 28 maja 2017

Hejt, czyli katolik w Sieci


Dla odmiany piję herbatę - malinową. Nie lubię herbaty, ani tym bardziej malin. Nie przepadam za wieloma rzeczami, miejscami czy ludźmi, ale staram się modlić się za te osoby, a w danym otoczeniu próbuję znaleźć jakieś pozytywy. 
Siedząc przed komputerem i przeglądając aktualności na Facebook'u natknęłam się na artykuł Jak popełnić samobójstwo? znanego jezuity - Ojca Grzegorza Kramera. Niespecjalnie jest mi po drodze z ojcem Grzegorzem i myślę, że w wielu kwestiach bardzo się różnimy, ale jedno na pewno nas łączy: bezgraniczna miłość do Pana Boga i chęć głoszenia Dobrej Nowiny - robimy to według własnego sposobu, używamy własnego języka i sformułowań, ale docieramy do wspólnego punktu. Zgodnego ze Słowem Bożym.


Nie miałam okazji poznać osobiście o. Grzegorza. Nie uczestniczyłam w sprawowanej przez niego Eucharystii, nie rozmawiałam z nim przy piwie i nie znam historii jego życia, prócz tego, co mogłam do tej pory usłyszeć w udostępnianych przez ojca nagraniach video czy przeczytać we wpisach na blogu. 
    
Tekst, który powyżej zalinkowałam ujął mnie prawdą wrażliwością i szczerością. Zapisałam link, by do niego powrócić i przez jakiś czas śledziłam opinie innych osób. Już nie śledzę, ponieważ zabolało mnie chrześcijaństwo, pod którym się nie podpisuję. Padła fala niezrozumiałego dla mnie hejtu. Jeśli ktoś otwiera przede mną serce i bolesną prawdę swojego życia, a ja w zamian za to wylewam na tę osobę wiadro pomyj w postaci złośliwego hejtu i szyderstwa, to nie powinnam nazywać siebie katoliczką. Nie godzę się na chrześcijaństwo, które nie ma nic wspólnego z miłością, o której mówi nam Jezus, i która jest fundamentem w relacji z Nim.
Gardząc drugim człowiekiem - gardzimy Bogiem.
Wyśmiewając się z bliźniego - wyśmiewamy Boga.


Wiesz dlaczego tak wielu ludzi odchodzi od Boga, a Jego wyznawców niewierzący postrzegają za bandę postrzeleńców i kłamców? Ja wiem, ponieważ wiele lat temu sama m.in. z tego powodu porzuciłam wiarę chrześcijańską. Bardzo często rozmijamy się z tym, co głosi Bóg. Po wyjściu z Kościoła potrafimy więcej powiedzieć na temat sąsiadki niż o samym wewnętrznym przeżyciu Eucharystii. Oceniamy wszystko, wszędzie i wszystkich. Ranimy bliskich, rzucamy zawistne spojrzenia i biernie przyglądamy się krzywdzie innych. Zdarza się, że kradniemy. Zdarza się, że zabijamy. I tak jak w przypadku o. Grzegorza oraz wielu innych osób, zdarza się, że obrzucamy publicznie błotem niewinnego człowieka.
Nie dla takiego chrześcijaństwa się nawróciłam i nie chcę być z nim utożsamiana. Boję się o tych, którzy regularnie chodzą do Kościoła, uważają się za wierzących, mają zdjęcie w tle z wizerunkiem Chrystusa na Facebook'u i jednocześnie puszczają wiązankę paskudnych epitetów w Sieci do drugiej osoby. 


Wstyd mi. 
Przepraszam zarówno wierzących, niewierzących, jak i wciąż poszukujących oraz zagubionych - za tych ludzi i za ich błędną wizję chrześcijaństwa.
Powtarzam - Bóg nie jest Bogiem nienawiści, lecz miłości. Chrześcijaństwo jest piękne i dobre. Bóg jest dobry!   

niedziela, 14 maja 2017

Po nawróceniu straciłam przyjaciół

Podchodzę z dystansem do własnego myślenia. Jako osoba nadmiernie wrażliwa nie mogę przekraczać pewnych granic z przeszłości. Dlatego rzadko otwieram te drzwi. Czasami, tak jak teraz. Po kolejnej analizie dotyczącej tego, jakie zmiany nastąpiły w moim życiu po nawróceniu.

PRZED 
74 zdjęć. Dokładnie tyle fotografii zdobi od kilku lat jedną z moich ścian. Z większości z nich spoglądają na mnie oczy, których nie widuję od dawna. Oczy tych, którzy byli moimi bliskimi znajomymi czy przyjaciółmi.
Spotkałam różnych ludzi, podobnie jak Ty.
Z jednej strony łamali serce, burzyli spokój i opuszczali, a z drugiej oświetlali mi drogę, służyli pomocą i czasem, a nawet dzielili się swoimi ostatnimi papierosami. Były wspólne ogniska i wyjazdy, rozmowy do białego rana, wzajemne ocieranie łez i cała masa szczęśliwych chwil. 


***
Nie mam jakiejś wyszukanej definicji przyjaźni. Wiem natomiast, że aby ona istniała - ludzi musi łączyć potężna emocjonalna więź. Więź, która powstaje, gdy otwieramy serce i historię naszego życia przed drugą osobą. Podchodzimy z troską do drugiego człowieka, dbamy o jego dobro, potrafimy zarówno milczeć, jak i prowadzić długie rozmowy bez skrępowania. Słuchać, a nie słyszeć. I tęsknimy za jego obecnością.  
Takich ludzi zawsze miałam wokół siebie. 

PO
Gdy na nowo zaczęłam poznawać Boga i wchodzić z Nim w głębszą relację - poczułam, że coś w moim świecie powoli rozsypywało się w drobny mak. Zaczęło się od drobnych uszczypliwości na temat mojego nawrócenia. Później spłynęła fala ignorowania moich telefonicznych połączeń czy zapytań o spotkanie. Dowiedziałam się, że stałam się jakaś inna i chyba coś poprzestawiało mi się w głowie (dodam, że obracałam się w towarzystwie osób niewierzących lub niepraktykujących). Dostałam po głowie wiadrem pełnym niechęci, drwin i plotek. Wiadrem pełnym tego, czego się wyzbyłam, od najbliższych mi osób. 
Czy bolało? Jak cholera.
Czy się mściłam? Nie.
Bóg nie jest Bogiem nienawiści, lecz miłości. Szybko to pojęłam i zaczęłam stosować tę prawdę w stosunku do ludzi, od których dostałam cios w plecy. Mogłam się buntować i złorzeczyć. Mogłam się obrażać i plotkować za ich plecami. Nie zrobiłam tego. Wybrałam miłość i modlitwę.
Zarzucano mi, że się zmieniłam. Nie protestowałam. Dla nich moja zmiana nie była zmianą, którą ja dostrzegałam na każdym kroku. Dla nich zbyt często chodziłam do Kościoła, zaczęłam uważać na słowa i w ogóle żyłam w innym świecie. Nie zauważyli, że przestałam wlewać w siebie litry alkoholu i faszerować się prochami. Nie miało znaczenia to, że zaczęłam się uśmiechać, rozmawiać z ludźmi i cieszyć życiem. Nie dostrzegli, że przestałam ukrywać nadgarstki pod toną bransoletek i wyć w ich ramiona mówiąc, że się zabiję.
Odeszli...

***
Dziś mogę zrobić tylko to, co robiłam do tej pory. Mogę po raz kolejny podziękować Bogu za tych ludzi. Za to, że ich spotkałam i miałam możliwość pomieszkać trochę w ich sercu i życiu. Za to, że byli dla mnie oparciem, radością, doświadczeniem i lekcją. Za to, że wciąż żyją, choć beze mnie i mam nadzieję - mają się dobrze. Wierzę, że taka była wola Boga, bo nikt z nich nie pojawił się przypadkiem. Nikt nie umknął w zakamarkach mojej pamięci i każdy odbił ogromnie znaczący ślad w moim sercu. Niech im Bóg błogosławi!  
Dał Pan i zabrał Pan.
Niech będzie imię Pańskie błogosławione! 
(Hi 1, 21)

sobota, 15 kwietnia 2017

Drewniane kratki, które niejedno słyszały...

Adoracja. Szmer przewracanych paciorków różańca w przednich ławkach. Ludzie z Koła Różańcowego pogrążeni we wspólnej modlitwie. Kilkanaście ławek wstecz klęczę ja. Oplatam różaniec wokół dłoni i próbuję zagłuszyć w głowie cudze modlitwy oraz myśli, które kołaczą się niespokojnie. Nie umiem skończyć nawet pierwszej dziesiątki różańca. Przyszłam do Kościoła ze swoimi myślami, rozterkami i bólem. Ja, ale oni także, co musiałam uszanować. Postanowiłam przeczekać i po prostu być. 

Odwróciłam głowę w stronę oświetlonego, pustego konfesjonału. Zaczęłam odpływać... Odpływałam... Aż wreszcie odpłynęłam zupełnie. 

***
Ile różnych emocji i uczuć przewija się przez ten niewielki mebel.
Strach, ból, wstyd, ulga, radość, bezsilność, złość, frustracja, lekceważenie, pokora, rozpacz, spokój, samotność, żal... Drewniane kratki, które niejedno słyszały i sponiewierany klęcznik, na którym można z łatwością dostrzec wgłębienia po ludzkich kolanach. Po ludziach proszących Boga o wybaczenie. 
To miejsce, którego zbyt często się boimy. Miejsce, które stale odkładamy na później. Miejsce, które niektórzy traktują jako przepustkę do sakramentu małżeństwa czy bierzmowania. Dla jednych spowiedź to szczere zjednoczenie z Bogiem; dla drugich przykry obowiązek. Miejsce, w którym zostają zerwane kajdany naszych grzechów. Mała drewniana budowla pełna  ludzkich dramatów. Moich. Twoich. Naszych sąsiadów. Ludzi, których widujemy każdego dnia, nie mając pojęcia, jak wiele w sobie noszą.  
 A w tym wszystkim On. Czekający, cierpliwy, słuchający, miłosierny... Bóg.

 ***
Zapanowała cisza. Zbiorowe modlitwy umilkły. Każdy chce mieć swoje sam na sam z Bogiem.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.